tablice

tablice

środa, 4 listopada 2015

Zambia - część VI: Niedziela.

Niedziela. A skoro niedziela, to i Msza Święta.
W Parafii Św. Rodziny w Lindzie o. Jacek zawsze odprawiał 2 Msze.
Na 7.00 - w języku angielskim. Dla tych wszystkich, którzy po angielsku mówili lub też dla tych, którzy chcieli być "do przodu".
Na 9.00 - w języku lokalnym: chinyanja [cziniańdzia].

Na terenie Zambii używa się 72 języków.
72 powtarzam. Słownie: siedemdziesięciu dwóch, jak kto woli.
14 milionów ludzi mówi 72 różnymi językami.
Przypominam, że w Polsce jakieś 38 mln sztuk mówi jednym i tym samym językiem.

Językiem urzędowym jest angielski, z racji tego, że są to tereny byłych kolonii brytyjskich. Posługują się nim głównie mieszkańcy dużych miast i cudzoziemcy - Europejczycy, Arabowie, Hindusi i Chińczycy. Mnóstwo Chińczyków w całej Zambii.

Taka sytuacja.
Siedzimy z felczerem w klinice, przyjmujemy pacjentów. Jeśli nie mówią po angielsku (dotyczy to jakichś 95%), felczer zbiera wywiad w chinyanja i tłumaczy mi na angielski. Potem razem badamy, dyskutujemy, przepisujemy leki.
Wchodzi gutek.
Wysoki, chudy, że pożal się Boże. Cienka koszula wisi, jak na wieszaku. (chyba nie muszę dodawać, ze jest czarny?)
Zaczynają z felczerem gadkę. Siedzę sobie obok, na zielonym zydelku, z przewieszonym przez szyję stetoskopem i udaję inteligenta.
Co prawda nie rozumiem, o czym tam oni, ale czuję, że rozmowa się nie klei.
Nagle felczer wstaje i wychodzi. Po chwili wraca. Prowadzi siostrę Barbrę.

O co biega?
Nasz pacjent pochodzi z prowincji południowej. Nie mówi w chinyanja. Mówi w chitonga.
Na szczęście mamy w drużynie siostrę Barbrę - ona pochodzi z tej samej części kraju co nasz pacjent. Ma ten bonus, że mówi i w chitonga, i w chinyanja.

Siedzimy zatem w czwórkę: nasz pacjent, siostra Barbra, felczer i ja.
Siedzimy sobie razem w naszym małym, obskurnym gabinecie, na zielonych, plastikowych zydelkach.
Pacjent mówi do siostry w chitonga, siostra przekłada to felczerowi na chinyanja, a felczer tłumaczy mi na angielski.
I tak rozmawiamy sobie w najlepsze, w naszym magicznym kręgu lingwistycznym.
Pacjent przyjęty, zbadany, zaleczony.
Następny, proszę!

Tak więc na 7.00 do kościoła przychodzą ci, którzy ogarnęli w miarę naukę języka angielskiego (powiedzmy... ludzie trochę lepiej wykształceni, a przynajmniej świadomi). Wśród nich sporo jest takich, którzy nie chcą (czasem wręcz wstydzą się) używać chinyanja.
Często chcą, by ich dzieci wychowały się w świecie języka angielskiego, a o rodzinnej "niańdzi" słuch zaginął.
Świat anglojęzyczny to dla nich świat przyszłości.
W tym języku mówią wykształceni mieszkańcy centrów miast. Mówią Hindusi (właściciele większości prywatnych firm na terenie Zambii), urzędnicy, profesorowie uczelniani, pracownicy wielkich korporacji, a także (a raczej: przede wszystkim!) posługują się nim Biali.

"Biały" to synonim bogactwa i sukcesu. Biały to wykształcony i obyty w świecie przedstawiciel rasy szlachetnej.
Jeśli nie umiesz posługiwać się językiem Białych, nie masz szans na wyrwanie się z biednej Lindy. Nie zdobędziesz odpowiedniego wykształcenia, ani nie znajdziesz dobrej (czyt. "dobrze płatnej") pracy.

Ci, którzy nie mówią po angielsku, przychodzą na Mszę w chinyanja na godzinę 9.
Przychodzi też Pat, która jest językoznawcą i jara się strasznie wszelkimi dialektami. "Narzeczami", jak to mówi często i gęsto. Przychodzi ot, tak, żeby sobie posłuchać.

Moja pierwsza Msza w parafii.
6.55.
Wchodzę do kościoła.
Nie jest to budowla z gliny i słomy, jak to często wyobrażamy sobie na Starym Kontynencie. Jest to zwykły, murowany kościół. Dość niski, ładnie urządzony, bez przepychu. Na metalowej konstrukcji, pod blaszanym dachem, uwiły sobie gniazdka ptaki (lukam co jakiś czas w górę, czy nie spada na mnie jakaś bomba). 
Ściany pomalowane na jasną żółć, przy ołtarzu kolorowe motywy afrykańskie, ławki drewniane. U wejścia do budynku - pleciona z gałganków wycieraczka.

Staję w drzwiach. 
Paczę w lewo, paczę w prawo. Jest tu jakiś podział? Gdzieś siedzą mężczyźni, a gdzieś kobiety? Chyba nie. Z tyłu wszystkie miejsca zajęte.
Kroczę naprzód.
Kątem oka widzę, jak odwracają się za mną czarne głowy. Nie ma żadnego innego białasa w kościele. Idę dalej.
Czwarta ławka stoi pusta. Biere!

7.00.
Czekam.
7.10.
Nadal czekam, bo w sumie co innego mogę zrobić.
7.15.
Będzie ta Msza?
7.20.
Nie, chyba nie będzie.
7.25.
Pamiętaj: "TIA - this is Africa!", tu ludzie mają czas, tu nikt nigdzie nie goni, nikomu się nie spieszy.
Do kościoła wpada stado ludzi. Część ustawia się zupełnie z przodu, tuż przed ołtarzem, i chwyta instrumenty - gitary, bęben, keyboard.
Reszta pakuje się do pierwszych ławek, gadając głośno i śmiejąc się. Siedzę ściśnięta między nimi.
Nagle (jak na sygnał) wszyscy wstają. Śpiewają i klaszczą. I bujają się w rytm muzyki.
Wstaję z nimi. Nie śpiewam, bo nie znam tekstu.
Próbuję wtopić się w tłum, więc klaszczę.
Klaszczę i bujam się z innymi.
Z początku lekko zażenowana całą tą sytuacją. W końcu przestaję o tym myśleć. Ręce same klaszczą, cielsko samo się buja.
Wokół wszyscy śpiewają. Na całe gardło.
Uśmiecham się szeroko.
Fajna ta bujana!

7.30. Wchodzi o. Jacek, zaczyna się Msza.
Czytania, modlitwa, kazanie. Między nimi śpiewanie. Śpiewanie i klaskanie. Dużo śpiewania i klaskania. I bujania, rzecz jasna.
Właściwie każda część liturgii jaką tylko da się wyśpiewać/wyklaskać/wybujać jest w ten sposób odprawiana.
Na wesoło, na bogato, a co!

Nazywa się to "afrykanizacją chrześcijaństwa". Zjawisko to miało na celu zjednanie sobie miejscowej ludności (i tym samym pozyskanie nowych wiernych) na początku misji chrześcijańskich na Czarnym Kontynencie. W tym celu do zwykłego (nie czarujmy się - niezbyt zachęcającego) obrządku Mszy Świętej wprowadzono takie elementy, jak: klaskanie, taniec czy bębny afrykańskie. Jak widać, cel został osiągnięty, chrześcijaństwo zakorzeniło się głęboko w kulturze i codziennym życiu mieszkańców Afryki.

Wyśpiewana, wyklaskana i wygibana Msza trwała prawie 2 godziny. O dziwo, człowiek po jej zakończeniu nie czuł się jakoś wycieńczony, czy zmarnowany. Wręcz przeciwnie! Zdziwiłam się, że spędziłam w tym kościele tyle czasu.
  
Po Mszy podchodzi do mnie o. Jacek:
- I co? Jak się podobało? - zagaduje.
- A... bardzo fajnie, super klimat. Na początku trochę się wstydziłam tej całej imprezy, ale potem było spoko.
- Cha, bo Ty usiadłaś w samym środku chóru!

Jakiego chóru? To tam był chór?  
- Na każdej Mszy - kontynuuje, widząc moją zdziwioną minę - w pierwszych ławkach siada chór, który prowadzi wszystkie śpiewy. Cała reszta kościoła trochę pośpiewa, trochę posłucha, ale to chór robi tu furorę. Nie wiedziałaś? Może zapomniałem Ci powiedzieć. - uśmiecha się jeszcze szerzej.
No, ładnie się wpierniczyłam, w samo oko cyklonu.
- To... dlaczego nikt mi nie powiedział, że to ich miejsce? Że nie powinnam tam siedzieć? - dopytuję.
- Żartujesz?! - uśmiech przechodzi w krótki śmiech - A kto odważy się wyrzucić Mzungu? Poza tym sama Twoja obecność była dla nich wielką radochą! Już widzę, jak chwalą się przed znajomymi: "Słuchajcie! Obok mnie, na Mszy, stała Mzungu! Podała mi nawet rękę na znak pokoju!"
Faktycznie. Przypomniałam sobie, że w tym momencie Mszy wiele rąk wyciągnęło się w moją stronę.

Niedziela nie kończy się na Mszy. Po wyjściu z kościoła trzeba znaleźć czas (mnóstwo czasu) na powitania z rodziną, daleką rodziną, baaardzo daleką rodziną, znajomymi, znajomymi znajomych i całą resztą społeczności.

Następnie odbywają się spotkania w podgrupach. Każde stowarzyszenie, zgromadzenie, czy inne kółko różańcowe znajduje sobie kawałek miejsca na terenie przy kościele - na cegłówkach, ławeczkach, w cieniu drzew. Zaczynają się kilkugodzinne przemówienia, modlitwy, dyskusje, śpiewy, tańce, granie, plotki i czego jeszcze tylko dusza zapragnie! 

Przy domu dozorcy zebrało się Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, w sali przedszkola - Catholic Women Organisation, a przy bramie na teren parafii - dzieciaki pod wodzą młodego gitarzysty ćwiczą nowe pieśni.
W ten sposób spędza się większość dnia - w gronie rodziny, znajomych, współbraci. 
Nikomu się nie spieszy, nikt nigdzie nie goni.

W Europie mamy zegarki. W Afryce mają czas.

Lump




Kościół parafialny w Lindzie.


Przedstawiciele zgromadzeń na Mszy Świętej.


 Zgromadzenie św. Klemensa(?) w błękitnych uniformach - katecheza pod drzewem.


 Msza na świeżym powietrzu.



 

poniedziałek, 26 października 2015

Zambia - część V: dzieci, wszędzie pełno dzieci!

Jakiś czas temu zamieściłam na swoim profilu na fb pytanie: "z czym kojarzy Ci się Afryka?". Wielu znajomych pisało: dzikie zwierzęta, brak wody, bieda, gorąco, pustynia, malaria, HIV. Jednak najczęstszą odpowiedzią było: dzieci.

Zawsze na plakatach informujących o jakiejś zbiórce pieniędzy "na Afrykę" musi znaleźć się zdjęcie wychudzonego dziecka, z dużym brzuszkiem, w podartych ciuchach, z wielkimi oczami i uśmiechniętą buzią. Taki obraz Czarnego Lądu najbardziej chwyta za serce i, co za tym idzie, otwiera portfele.
W Zambii przekonałam się, że nie jest to tylko chwyt marketingowy. Mówi się o Afryce, że jest "najmłodszym kontynentem świata" - ok. 44% populacji stanowią dzieci do 14. roku życia. 

W Lindzie wszędzie było pełno dzieciorów. Chodziły grupkami brzegiem drogi, w mundurkach szkolnych lub toczyły przez środek wioski ogromne beczki z wodą. Starsze na przydomowych straganach sprzedawały pomidory i papaje, młodsze - bawiły się samochodami zrobionymi z kartoników po mleku lub kawałka drutu. Siadały w zaśmieconych rowach, żując suche strąki lub ganiały się po podwórzach, wzbudzając tumany rdzawego kurzu.

Gdziekolwiek nie poszłam, zawsze natrafiałam na całe watahy dzieciaków - od niepewnie jeszcze stąpających po ziemi 2-latków, po nastolatki o dużych oczach ciekawych świata, z uśmiechem tak szerokim, że mogłyby szparagi w poprzek jeść.

Każdego dnia idąc rano do pracy mijałam tabuny dzieci. Niektóre przechodziły obok, niosąc kosze z owocami na głowach, przypatrując mi się z zaciekawieniem - "kobieta Mzungu w wiosce? I w dodatku chodzi pieszo?". Inne opuszczały podwórka przy domach, stawały przy drodze i machały rączkami, krzycząc: "Mzungu, Mzungu, how are you?". Rzucam standardowe "Fine, thanks", macham ręką i idę dalej. Wołają ponownie (te same), więc odwracam się po raz drugi i pozdrawiam je. Idę dalej. Znowu wołają. Znowu się odwracam. Za czwartym razem już nie reaguję. No, bez przesady. Ile można?
Nie będę się odwracać co 5 metrów, bo do roboty zajdę na wieczór.

Po południu wychodzimy z Pat na wioskę zrobić zakupy.
Jak zwykle wzbudzamy ogólne zainteresowanie wśród mieszkańców Lindy.

Ze sklepu po przeciwnej stronie ulicy wychodzi tęga Murzynka. W jednej chuście na plecach dźwiga jedno dziecko, w drugiej, na brzuchu - drugie. Oba tak samo duże, wyglądają niemal identycznie. Matka krzyczy do nas z daleka:
- Mzungu, jak się macie?
- Dobrze, co u Ciebie? - odpowiadam.
- A, dziękuję, bardzo dobrze! Pozdrawiam Was. Ja i moje bliźniaki! - śmieje się w głos i wtacza nieśpiesznie z powrotem do sklepu.

W kulturach afrykańskich* urodzenie bliźniąt postrzegane było jako zjawisko nadnaturalne, wręcz mistyczne. W zależności od tego, z jakiego plemienia pochodziła matka, urodzenie bliźniaków było albo darem od bogów, albo ich przekleństwem.
Na przykład, dla Ibów z Nigerii wiązało się z naruszeniem kodeksu moralnego i poniżeniem ludzi "naśladujących zwierzęta" (u których przecież normą jest liczne potomstwo w jednym miocie). Taką matkę w wiosce izolowano, a jej dzieci - zabijano. 
Z kolei u Jorubów narodziny bliźniąt były wielkim wydarzeniem - wierzono, że są one nierozłączne, obdarzone tylko jedną, wspólną duszą i stanowią ucieleśnienie boga Ibeji. Jeżeli jedno z dzieci umarło, rzeźbiono figurkę postaci tegoż boga, dzięki czemu uczestniczyło w dalszej egzystencji swojego lustrzanego odbicia. Matka zawsze nosiła figurkę z sobą, myła ją, ubierała i nacierała oliwą, jak żywe dziecko. 

Podchodzimy z Pat do malutkiego stoiska z papajami.
Chociaż "stoisko" to za dużo powiedziane. Dużo za dużo. U wejścia na podwórze stoi mały stolik, a na nim leży 5 papai. Ogromnych, soczystych papai. Dwie z nich były już pożółkłe, co oznacza, że nadają się do jedzenia (w przeciwieństwie do zielonych, które są twarde i zupełnie bez smaku). 
Za stoiskiem, na słomianej macie, siedziała młoda Murzynka o wielkich, bystrych oczach. Na nasz widok od razu się uśmiechnęła, wstała i przywitała standardowym "mua uka buangi".
Oglądamy owoce i ważymy je w dłoniach. Pytamy o cenę. Zza pleców kobiety, z podwórka, wyskakują nagle dwie dziewczynki (na oko - siedmio- lub ośmioletnie).
"Mzungu! Mzungu!" - krzyczą i podbiegają do nas.

Jedna z nich (ta odważniejsza) od razu chwyta mnie za rękę. Dokładnie ogląda dłoń, bada wzrokiem każdy palec i każdy paznokieć, wodzi oczami po bruzdach, w końcu odwraca wierzchem do góry. Głaszcze nadgarstek i przedramię jakby chciała sprawdzić, czy są prawdziwe, czy przypadkiem nie rozpłyną się przy dotyku. Czy ta biała ręka tak bardzo różni się od dobrze jej znanej ręki czarnej?
Stoję jak wryta, poddaję się badaniu małej i czekam, co jeszcze wymyśli.

W końcu podnosi główkę do góry i spogląda mi prosto w oczy, wciąż gładząc moją rękę i uśmiechając się od ucha do ucha. Patrzy na mnie oczami jak dwa węgielki. W tych dziecięcych oczach odbija się zachwyt i swego rodzaju uwielbienie. Być może dziewczynka pierwszy raz dotyka białej skóry i spogląda w niebieskie oczy.
Czułam się trochę nieswojo. Patrzyła na mnie jak na jakieś bóstwo, które na chwilę zstąpiło na ziemię i przechadza się wśród zwykłych ludzi. Cały czas trzymała mnie za rękę, pilnując, bym przypadkiem nie zamieniła się w mgiełkę i nie zniknęła.

Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę z tego, jak wielkim przeżyciem dla dzieciaków w wiosce jest dotknięcie białego człowieka.

Od tej pory, gdy mijałam tabuny dzieci w drodze do pracy, zaczęłam sama wyciągać do nich rękę. Gdy podbiegały do drogi, by mi pomachać, podchodziłam do nich, by się przywitać.
Z początku część z nich uciekała w popłochu. Zostawało jedno lub dwójka - te najodważniejsze lub te, które były w takim szoku, że nie mogły ruszyć się z miejsca. Z szeroko otwartą buzią podawały mi dłoń, patrząc z niedowierzaniem.
Reszta hałastry, widząc to, wracała biegiem na opuszczone przed chwilą stanowiska i pośpiesznie wyciągała łapki w moją stronę. Niektóre nawet po 2-3 razy. Ot, tak. Dla zabawy.
Czasem dzieciak wyciągał rękę, po czym szybko ją cofał, śmiejąc się przy tym, jakby niepewny, czy dotknąć tego Mzungu, czy nie. W końcu wygrywała ciekawość i następował biało-czarny (lub czarno-biały jak kto woli) uścisk dłoni.

Zawsze po drodze do kliniki czekało mnie kilka takich przystanków powitalnych, a każdy zajmował dobrą chwilę.
I takim to sposobem mój poranny spacer do pracy wydłużał się z 20 do 25, a nawet 30 minut.
Nieraz, gdy szłyśmy przez wioskę, Pat irytowała się:
- Po co Ty zaczepiasz te wszystkie dzieci? W takim tempie nigdzie nie dojdziemy.
- Nic nie poradzę na to, że im taką radochę sprawia dotknięcie białej skóry. - broniłam się, pomijając to, jak wielką radość mi sprawiało witanie tych małych, roześmianych gromadek.

Lump


*błędem byłoby pisanie o "kulturze afrykańskiej" jako charakterystycznej dla całego kontynentu, ale o tym trochę więcej - innym razem. 


Słodziaki.


Wędrujemy.


Portretowe. Widać od razu, że córka fryzjerki.


Na koniec - moje ulubione!
O, nie! Lampa błyskowa!

środa, 21 października 2015

Zambia - część IV: Community Nutrition Program

Jednym z przydzielonych mi w Neri Clinic zadań był udział w Community Nutrition Program.

Co to jest? Czym to się je?

Program opiera się na badaniu dzieci w Lindzie, w wieku 0,5 - 5 lat, poszukiwaniu wśród nich tych, które są niedożywione oraz włączaniu ich w specjalny program żywieniowy.

Jak to wygląda w praktyce?

Wraz z kilkoma wolontariuszkami chodzimy od domu do domu (a rejczel od podwórka do podwórka) - trochę jak jehowi.
Przed domostwami znajdujemy matki z małymi dziećmi - całe życie wioski toczy się na widoku publicznym: progu domu lub placyku między kilkoma domami, gdzie spędza się czas, siedząc na słomianych matach, karmiąc dzieciaki papką kukurydzianą, robiąc pranie i plotkując.
Opowiadamy matkom o programie - jakie przynosi korzyści i jak ważna jest sprawa, o którą walczymy.
Matki donośnym głosem przywołują do siebie roześmianą hałastrę, chociaż większość dzieciorów już dawno otoczyła nas wianuszkiem. Dużo tu nie trzeba - wystarczy, by na podwórzu pojawił się ktoś obcy, a w mgnieniu oka pojawia się wokół niego stadko niedorostków. Jeśli na dodatek tym obcym jest Mzungu przyciąga on (/ona) na placyk dzieci z sąsiednich ulic.
Bierzemy delikwentów jeden po drugim. Mierzymy obwód ramienia specjalną taśmą w trzech kolorach:  
- zielony - gdy obwód wynosi ponad 12,5 cm (dziecko prawidłowo odżywione)
- żółty - 11,5 - 12,5 cm (dziecko nieprawidłowo odżywione)
- czerwony - <11,5 cm (dziecko skrajnie niedożywione, z zagrożeniem zdrowia i/lub życia)

Gdy pierwszy raz dostałam do ręki taśmę, odmierzyłam na niej 11,5 cm i zwinęłam w pierścień, by zobaczyć jak wygląda obwód ramienia dziecka niedożywionego. Pomyślałam wtedy - "Ta skala jest jakaś głupia. Przecież w życiu nie znajdziemy dziecka z tak chudziutką rączką". Niestety nie pierwszy i nie ostatni raz Zambia mnie zadziwiła. Podczas Community Nutrition Program znalazłyśmy co najmniej kilkanaście dzieciaków ze strefy czerwonej.

Maluchy "żółte" i "czerwone" mają obowiązek pokazywać się w klinice w każdy wtorek. Otrzymują tam specjalne odżywki bogatobiałkowe - dodatek do posiłków na cały tydzień.
Wtedy też odbywa się kontrola obwodu ramienia, masy i długości ciała. Jeśli dziecko w ciągu tygodnia nie przybrało na wadze lub pojawiły się u niego inne niepokojące objawy (obrzęki, infekcje itp.) jest kierowane do felczera (i do mnie) na szczegółowe badanie, dalszą diagnostykę i/lub leczenie. Zdarza się, że dziecko pomimo, że otrzymuje właściwe pokarmy (ilościowo i jakościowo) nie rośnie - możemy podejrzewać u niego chorobę genetyczną, schorzenia układu pokarmowego lub zakażenie wirusem HIV.
To tak z grubsza o co kaman.

Rano powędrowałam do Neri Clinic.
Po drodze jak zwykle zaczepiały mnie tłumy dzieciaków - wypełzały z domków i rowów przydrożnych, wyskakiwały z krzaków i pędziły z podwórek w stronę drogi, krzycząc:
"Mzungu! Mzungu! How are you?"
Machały przy tym ochoczo rączkami i szczerzyły białe ząbki.
Odmachiwałam równie ochoczo i też szczerzyłam się do nich. Niektóre biegły kawałek za mną, trzymając się w bezpiecznej odległości, uważając, by nie podejść za blisko. Nigdy nie wiadomo co taki Mzungu odwali, gdy zanadto się do niego zbliżysz. Gdy dziecko jest niegrzeczne lub nie chce jeść, matka często je straszy: "jak nie będziesz mnie słuchał, to przyjdzie Mzungu i cię zabierze!". Taka historia.

Językiem oficjalnym w Zambii jest język angielski. Czyli teoretycznie każdy Zambijczyk powinien posługiwać się nim na co dzień. Teoria sobie, praktyka sobie. Na wiosce po angielsku trudno się dogadać (choć bywają oczywiście wyjątki). Za to "how are you" zna każdy, nawet 2-latki. Nie oznacza to wcale, że rozumieją, co mówią. Większość dzieciaków wie po prostu, że gdy ulicą przechodzi białas, trzeba to krzyknąć. Tak się robi i koniec, kropka. 
Chwila, chwila... idzie Biały? Biali nie chodzą! Biali wożą się samochodami. Czasem tylko lukną przez szybkę na wesołe stadko przy drodze. Z tego też powodu każdy nasz (Pat i mój) spacer po wiosce i każda poranna wędrówka do pracy wzbudzały spore zamieszanie w Lindzie.

Macham tu, macham tam. Rzucam "mua uka buangi" na lewo i prawo. Drepczę dalej do pracy.

Przed kliniką stoi Harriet, otoczona kobietami z wioski.
- Agnes! Agnes, podejdź tutaj! - przywołuje mnie. - Dziś wybieracie się wszystkie na poszukiwanie niedożywionych dzieci. Dziewczyny wszystko Ci wytłumaczą. Idziecie razem.

I ruszyłyśmy w wioskę - Hellen, Eunice, Florence, Chrisitne, Martha i ja. Pierwsze podwórze - rozmawiamy z matkami, zbieramy gromadkę dzieci do badania.
U nas wyglądałoby to tak: rozchodzimy się po podwórzach pojedynczo (ewentualnie po dwie, bo ja przecież nie znam języka, poza tym kto pozwoli Białasowi bezkarnie łazić po domach) i w dwie godziny mamy przebadaną sporą część wioski.
Ale nie tutaj.
Jak to często zwykł powtarzać o.Jacek: "TIA - This is Africa!". Tu nic nie musi być przemyślane, sprawne, albo (broń Boże!) mieć sens.
Chodzimy zatem całym stadem - 6 osób. Jedna zakłada tasiemkę na ramię i odczytuje z niej obwód, druga zapisuje wynik i wiek dziecka w tabeli, a reszta? Reszta stoi, patrzy, plotkuje. Ewentualnie jeśli w pobliżu znajduje się jakiś stragan - robi się zakupy na obiad.

Coś mi się przypomniało. Sięgam do kieszeni. Wyciągam z niej plik naklejek "Dzielny Pacjent" - wpakowałam je tu rano. Zaczynam je rozdawać każdemu zbadanemu dziecku, tłumaczę czym są. Dzieciaki chwytają z namaszczeniem w łapki i paczą. Paczą i podziwiają rudego kotka, małpkę na zielonym tle i kwiatuszka z uśmiechem. Paczą i nie wiedzą, co z tym dalej zrobić.
Florence bierze naklejki do ręki i przykleja po kolei maluchom na przedramionach. Moje tłumaczenia, że powinny raczej być na piersi (jak medal) na nic się zdają. Naklejka musi być na rączce, ewentualnie na policzku! Nie ma dyskusji.
Przynajmniej dzieciakom się podoba. Biegają po okolicznych podwórkach i chwalą się wszystkim nowym nabytkiem.

Podczas obchodu po wiosce moje współtowarzyszki zdążyły pospotykać się ze znajomymi, wymienić plotki, zakupić kiełbaski na obiad i owoce na kolację. No... i przy okazji pobadać dzieci.
Znalazłyśmy kilkoro "żółtych" i, na szczęście, żadnego "czerwonego". Akcja na dzień dzisiejszy dobiegła końca.
Wracam do mieszkania przy parafii. Mijam poznane dziś podwórza. "Tu byłam"- myślę. "O, tu też".
Dzieciaki ozdobione naklejkami "Dzielnego Pacjenta" wybiegają na ulicę i machają łapkami. 

Każdego kolejnego dnia czuję się jakby trochę bardziej u siebie. 
Idę przez trochę bardziej swoją wioskę. 
Uśmiecham się do własnych myśli. 
Powoli wrastam w Lindę, w jej brudne podwórza i zatłoczone uliczki. Przywiązuję się do umorusanych rdzawym kurzem dzieci i matek noszących wiadra z wodą na głowach.
Nieuchronnie staję się częścią tego fascynującego świata.

Lump


Droga do pracy.


Dzieciory, wszędzie dzieciory!


Wtorkowe kontrole w Community Nutrition Program.


Jeszcze więcej dzieciorów na koniec!


niedziela, 11 października 2015

Zambia - część III: Neri Clinic.

Drugiego dnia naszego pobytu w Lindzie rozpoczynamy malowanie przedszkola.
Większość wolontariuszy o. Jacka zajmuje się właśnie tym - pracami remontowymi, prowadzeniem zajęć z dzieciakami w przedszkolu i spotkań modlitewnych w parafii Świętej Rodziny.
Przez pierwsze 3 dni malowałam i ja, czekając na rozpoczęcie pracy w Neri Clinic.

Pomalowałyśmy już z Pat bramki wejściowe na zielono i zabrałyśmy się za ściany budynku. Miały być w "kolorze Afryki" - tak go nazwałam, bo to kolor wszystkiego, co charakterystyczne dla tego miejsca.
Kolor rdzawego pyłu, który grubą warstwą pokrywa równie rdzawą ziemię, unosząc się wielkimi kłębami, gdy tylko przejedzie drogą samochód. Osiada na skórze, wnika w ubrania i włosy, bezczelnie pcha się do ust i nozdrzy. Jest na ziemi i w powietrzu. Na liściach roślin i blacie stołu. Wszędobylski i wścibski, jak wiejska baba, wciska się w każdy zakamarek otaczającego świata, nadając mu swój kolor.

Toyota Hilux zatrzymuje się w tumanach tego rdzawego kurzu, tuż przed przedszkolem. Wpada o. Jacek:
- Aga, nie przebieraj się, ani nic. Lecimy szybko do Harriet, do kliniki!
[kto to jest Harriet?]

Rzucam wszystko i biegnę do samochodu. Dopadam Srebrnej Strzały i już po chwili pędzimy przez wioskę.
- Zapamiętaj drogę - mówi ojciec - następnym razem pojedziesz tam sama. Rowerem.

Na pierwszym skrzyżowaniu - w lewo. Opuszczamy wygodną szosę asfaltową. Przy budynku z narysowanym świńskim ryjem - znowu w lewo. Wyboista droga prowadzi w dół. Wzdłuż niej ciągną się płytkie rowy. Zalegają w nich stare śmieci i sterty suchych liści. I dzieci. Całe stada dzieci. W brudnych, dziurawych ubrankach, na boso. Niektóre siedzą ospałe, miętoląc coś w łapkach, inne rozpalają małe ogniska ze śmieci. Jeszcze inne stoją po prostu przy drodze, wypatrując przechodniów, z otwartymi ustami podziwiając Srebrną Strzałę.

Po kilku minutach jazdy, na końcu drogi, pojawiają się dwa małe budynki z kamienia. Na jednej ze ścian namalowano duży napis "Neri Clinic" oraz dwie flagi - zambijską i irlandzką. "Klinika" to nazwa trochę na wyrost, a przynajmniej w polskim tego słowa znaczeniu. Jest to raczej coś jak ośrodek zdrowia, gdzie przyjmuje lekarz rodzinny.

Wchodzimy do środka. Drepczemy przez wąski korytarz. Stoją tam zielone, plastikowe taborety, zajmujące większość dostępnej (i tak już niewielkiej) przestrzeni. Na taboretach czeka w kolejce na wizytę cały przekrój społeczeństwa Lindy. Są tu matki z małymi dziećmi, zawiązanymi w chustach na plecach, wysuszone staruszki, o mętnym wzroku i bosych stopach, dziewczynki w szkolnych mundurkach, facet o wieku bliżej nieokreślonym, w zdecydowanie za dużej marynarce oraz jakiś młody chłopak.
Na zakręcie korytarza stoi stare, drewniane biurko - stanowisko pielęgniarki, mierzącej temperaturę, ciśnienie i masę ciała pacjentów. Na blacie zalegają stertami przeróżne kartki i zeszyty, będące tutejszym odpowiednikiem znanych nam "Książeczek Zdrowia". Leży też ciśnieniomierz i termometr. I kilka niebieskich długopisów.
Obok, na drewnianym krześle, matka bezceremonialnie karmi piersią niemowlę.
Ściany korytarza pokrywają gęsto różnego typu plakaty - "HIV can be prevented", "Well-balanced diet provides adequate nutrition", itp. 

Wpada Harriet. Kobieta po 40-ce, lekko "przy sobie". Chyba nie muszę dodawać, że jest czarna? Jedną kolorową chustę zawinęła elegancko na głowie, drugą - wokół bioder, jako spódnicę.

- Aaa, to jest ta lekarka, o której mówiłeś? - zagaduje o. Jacka i mierzy mnie wzrokiem.

Stoję przed nią umorusana dwiema różnymi farbami, przypruszona rdzawym kurzem, spocona, rozczochrana, w starych, niebieskich japonkach.
Lekarzyna z bożej łaski. "Pani doktor", psia jej mać.
Ot, podlotek, co to sam nie wie jak i dlaczego znalazł się akurat w tym miejscu i czasie.

A zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w ogromnej, drewnianej sali Filharmonii Bałtyckiej odbywało się uroczyste dyplomatorium Wydziału Lekarskiego. Odziana w granatową togę, wraz z tłumem młodych adeptów sztuki lekarskiej, przysięgałam uroczyście "strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić".
A tu godność stanu splamiłam nawet nie jedną, a dwiema różnymi farbami.

- Niech przyjdzie jutro na 8.30 - zawyrokowała w końcu Harriet.
Dziękuję jej, nadal brudna i niegodna stanu, który tutaj reprezentuję. 
Wracamy do Toyoty i ruszamy z powrotem do przedszkola. Sprawdzam, czy dobrze zapamiętałam drogę - budynek ze świńskim ryjem, skrzyżowanie (o, znowu jest asfalt!), brama parafii. Nie jest źle. Myślę, że nie zginę.


Z samego rana ruszam do kliniki. Przy stanowisku pielęgniarskim wita mnie siostra Barbra - starsza, otyła, z wiecznie roześmianą buzią i wielką szparą między górnymi siekaczami. 

Samo "powitanie" jest swego rodzaju rytuałem. Zaczyna się od tego, że osoby, które właśnie się spotykają wydają z siebie dźwięk - coś pomiędzy okrzykiem, a przesadzonym śmiechem. Dalej dźwięk ten przechodzi po prostu w głośny śmiech. Przy tym obie osoby zamachują się prawą ręką, odginając przy tym całe ciało lekko do tyłu. Następnie prawa dłoń, wykonując zamaszysty ruch po łuku trafia z impetem na prawą dłoń naszego "współwitacza". Po oficjalnym klaśnięciu obie ręce ściskają się serdecznie. Dołączają do nich też lewe dłonie, które biorą udział w przyjaznym uścisku dłoni prawych. W dalszym ciągu kontynuujemy głośny śmiech, wyrażając naszą radość ze spotkania. Na koniec rzucamy radośnie "Mua uka buangi". Ceremonię powitania uznaje się za zakończoną.

Siostra Barbra otwiera drzwi do pokoju badań. W środku felczer pastuje sobie buty. Facet jest po 50-ce, niewysoki, z lekkim zarostem. Chyba nie muszę dodawać, że jest czarny?
Felczer ukłonił lekko i wyciągnął do mnie dłoń (tu już mamy do czynienia z powitaniem w stylu europejskim). 
Co prawda przedstawił się, ale (zabijcie mnie!) nie jestem w stanie powtórzyć, ani tym bardziej zapamiętać jak właściwie się nazywa. A wstyd mi pytać go o to po raz drugi. I tak przez kolejne 5 tygodni spędzam po pół dnia z facetem, którego imienia nawet nie znam.

Schemat każdej wizyty lekarskiej jest zawsze taki sam. Wchodzi pacjent, felczer zbiera wywiad w chinyanja (języku lokalnym) i tłumaczy mi po angielsku jakie są dolegliwości i od kiedy. Potem wspólnie badamy i ustalamy jakie leczenie zastosujemy. Ewentualnie prowadzimy dyskusję co do dalszego postępowania.

Szybko się zorientowałam, że felczer jest w stanie osłuchać płuca i zajrzeć do gardła. Bada dotykiem bolące stawy i obserwuje zmiany skórne. Ale ni czorta nie potrafi zbadać brzucha. O zaopatrywaniu ran też niewiele wie.
W tej kwestii, jako zapalony chirurg, mam ogromne pole do popisu. Każdy pacjent z dolegliwościami brzusznymi lub ziejącą, zaropiałą raną jest mój.
Z jednej strony to wielka frajda móc samemu poprowadzić takiego pacjenta, przy czym uznaje się mnie za eksperta w swojej dziedzinie (mimo, że szkolenie specjalizacyjne jeszcze przede mną). Z drugiej strony nie ma nikogo, kto sprawdziłby i potwierdził postawioną przeze mnie diagnozę. Nie ma też nikogo, kogo w razie wątpliwości mogłabym się poradzić.
W tym miejscu satysfakcja z wykonanej pracy łączy się z ogromną odpowiedzialnością.
Ale ja niczego nie żałuję.

Tego dnia felczer powiedział mi jedno zdanie, które już na cały pobyt zapadło mi w pamięć: "Poznasz tu rzeczy, których w Europie nigdy nie miałabyś możliwości zobaczyć".
I każdego kolejnego dnia przekonywałam się, jak wiele prawdy było w tym, co mówił.     

Lump


Przed kliniką - z siostrami i czającym się z tyłu felczerem.

Stanowisko pielęgniarskie.

Moje ulubione miejsce - gabinet zabiegowy.

sobota, 3 października 2015

Zambia - część II: Mzungu!

O 8 rano wyłączają prąd. Do popołudnia. 
Rytm naszego dnia wyznacza firma ZESCO, która zajmuje się produkcją i dostarczaniem energii elektrycznej na terenie całej Zambii.

Pierwsze pytanie, jakie zadajesz po wstaniu z łóżka, to: "jest jeszcze prąd?", bo dobrze zacząć dzień od porannej kawy lub miętówki. Podstawowe pytanie po powrocie z pracy, to: "czy jest już prąd?", bo chcesz ugotować kaszę na obiad lub zalać zupkę z VIFONA.

Spora część mieszkańców Lindy i tak nie ma w domu elektryczności. Dla tych cała niedogodność przerw w jej dostawie polega na tym, że brak prądu równa się brakowi wody, bo po krótkim czasie ustaje praca pomp w wiosce. Nie mam na myśli, rzecz jasna, bieżącej wody, tylko wodę w kilku pompach, rozmieszczonych gdzieś między domami.

Gdy nie ma wody, nie ma kaszki kukurydzianej na śniadanie, którą dzieciaki łapkami wyjadają z aluminiowych garnuszków, siedząc na macie, na podwórku lub na progu domu. Nie ma też ugotowanej na obiad nshimy, która jest podstawą żywienia ludności zambijskiej. Nie ma umytej rano twarzy i rąk, oczyszczanych z rdzawego kurzu. W końcu - nie ma najnormalniej w świecie czym ugasić pragnienia, a to w Afryce rzecz podstawowa.

Woda to cenny towar.
Każdego ranka, przy każdej pompie w wiosce ustawiają się tłumy miejscowych, by dokonać zakupu życiodajnej cieczy.
Czekają kobiety zawinięte w kolorową chustę na biodrach, z niemowlakiem niesionym na plecach. Czekają dzieciaki w wieku przeróżnym, na boso lub w lichych klapeczkach, trzymające w rękach puste kanistry, siadające na wielkich, zardzewiałych beczkach, biegające wesoło między dorosłymi i wspinające się na sterty pustaków. Czekają i mężczyźni, ale tych jest najmniej, bo z rzadka zajmują się sprawami tak przyziemnymi, jak przynoszenie wody.

Po napełnieniu zbiorników cały ten kolorowy, rozgadany tłum powoli rozchodzi się po domostwach. Kobiety niosą pełne wody wiadra na głowie, z gracją balansując ciałem, w sposób zupełnie dla mnie niepojęty utrzymując idealną równowagę. Młodsze dzieci taszczą za sobą ciężkie kanistry, starsze - toczą ogromne, metalowe beczki samym środkiem drogi, przez całą długość wioski, nie zważając na przejeżdżające przez nią samochody.

Jest to nasz pierwszy poranek w Zambii. Wychodzimy z Pat na wioskę.
Wędrujemy nierówną, zaśmieconą drogą, pokrytą rdzawym kurzem. Po chwili docieramy do asfaltowej ulicy, ciągnącej się wzdłuż całej Lindy. Po obu jej stronach wędrują gęsiego niezliczone masy dzieciaków w mundurkach. Idą do szkoły lub właśnie z niej wracają. 
Standardowo - dziewczynki ubrane są w plisowane spódniczki do kolan i długie skarpetki, a chłopcy - czarne lub szare spodnie do kostek. U wszystkich obowiązkowo - koszula z kołnierzykiem, z narzuconym na nią sweterkiem w serek lub kamizelką.

Dzieciaki patrzą na nas ciekawsko - w końcu jesteśmy jedynymi białymi kobietami w wiosce. Grupa dziewczynek, idących z naprzeciwka macha do nas rączkami i krzyczy: "Mzungu! Mzungu!" - czyli "biały człowiek" (lub po prostu "obcy"). Odmachujemy im z uśmiechem. Od tej pory średnio 100 razy dziennie usłyszymy skierowane w naszą stronę "Mzungu" - wykrzykiwane przez dzieciaki bawiące się na ulicy i matki karmiące piersią niemowlaki na matach przed domem, przez facetów pracujących w drobnych warsztatach przy drodze i kobiety sprzedające warzywa na straganach.
Każdy chce nas powitać, pomachać nam z daleka, przypatrzeć się dokładnie z bliska. 

Po godzinie wracamy do mieszkania przy przedszkolu. Nieco przestraszone i onieśmielone tak nieoczekiwaną popularnością wśród miejscowej ludności.
Kiedy w Europie idziesz ulicą nikt nie zwraca ma Ciebie najmniejszej uwagi. No, chyba, że idziesz w szlafroku, z papierową torbą na głowie lub nago. Poza ww. wypadkami jesteś tylko drobnym elementem tłumu, zbitej masy ludzkiej. Nikogo nie obchodzisz, nikt się Tobą nie interesuje.
Tutaj jesteś jak gwiazda rocka - nikt nie przejdzie obok Ciebie obojętnie. Afrykanie się nie krępują. Oni na Ciebie nie patrzą - oni zupełnie bez żenady gapią się jak tylko mogą. Z szeroko otwartymi oczami i równie szeroko otwartą buzią. Zlustrują Cię od czubka głowy po końce palców u stóp. Żaden szczegół Twojego ubioru i żaden pieprzyk na Twojej białej skórze nie ujdzie ich uwadze.

Przez pierwsze dni na Czarnym Lądzie bycie obiektem powszechnego zainteresowania wzbudza w Tobie pewien niepokój. Nikt z nas nie lubi być obserwowany.
Ale po jakimś czasie przyzwyczajasz się do takiego stanu rzeczy. Ludzie śledzący każdy Twój ruch nie robią już na Tobie takiego wrażenia. 
W prawo pomachasz ręką, w lewo się uśmiechniesz, rzucając "Mua uka buangi" ("Jak się masz?") i ruszasz dalej przez wioskę.
Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Lump 

Niekwestionowana mistrzyni transportu i logistyki.


Droga do pracy, w tle - beka się toczy.


Szlajamy się!

poniedziałek, 21 września 2015

Zambia - część I: Początki.

W holu za halą przylotów lotniska w Lusace czeka na nas o. Jacek. Wysoki, około pięćdziesiątki. Z brodą przypruszoną lekko siwizną. Uśmiechnięty.
Uśmiechem odwzajemniamy uśmiech. Mimo, że nigdy wcześniej się nie widzieliśmy - właśnie tak się rozpoznajemy. Po uśmiechach.

[Piszę "my", a nie "ja", mimo, że bloga prowadzę sama. Kim są zatem inni członkowie zgrupowania "my"? Patrycja i Jędrzej - dwójka wolontariuszy, która przyleciała razem ze mną do Lusaki. Mogłabym napisać kim byli i czym się w życiu zajmowali, ale zasadniczo nie wnosi to niczego nowego do całej historii. Pozwolę im pozostać po prostu wolontariuszami w parafii Świętej Rodziny w Lindzie.] 

Opuszczamy budynek lotniska obładowani walizkami, plecakami, torbami, torebkami i całą resztą ekwipunku.
Na zewnątrz panuje afrykańska zima. 25°C w cieniu. Jednak pracowników lotniska zima nie zaskoczyła - okutani są w wełniane czapki i polarowe bluzy. I nie jest to metafora. Oni serio wyglądają jakby szli głęboką zimą w przeręblu ryby łowić.

Na parkingu rzucamy bagaże na pakę Toyoty Hilux. Od tego momentu srebrny pick-up stanie się nieodłącznym towarzyszem naszych zambijskich wypraw.
Wsiadamy do wozu. Na tylnym siedzeniu stoi wielkie, kartonowe pudło. Otwarte. Ostrożnie lukam znad krawędzi do środka - na dnie leży mały, chudziutki, brązowy piesek. Pat aż piszczy z zachwytu. Jest wielką miłośniczką wszystkiego, co posiada cztery łapy i nie mówi ludzkim językiem.
- To jest Mielonka - oficjalnie przedstawia pupila o.Jacek - przywiozłem ją dziś od Bogdana [kto to jest Bogdan? - myślę, ale milczę]. Waszym pierwszym zadaniem na czas pobytu tutaj będzie wychowanie Mielonki na ludzi. To ma być pies obronny! Nie jakaś tam sierotka, co to boi się własnego cienia, tylko porządny piec pilnujący!

Psiak chwieje się niepewnie na wątłych nóżkach, spoglądając z lękiem ponad krawędź kartonu, wyraźnie zdezorientowany i zaniepokojony swoim obecnym położeniem.
I na to wszystko jeszcze Mielonka. Co to za imię dla psa?! 
- Aaaa... dlaczego Mielonka? - zapytuję grzecznie.
O.Jacek uśmiecha się szeroko.
- A to dlatego, że Bogdan [kto to jest Bogdan?!] karmił ją u siebie konserwą sprowadzaną z Polski. Ma stosy puszek w magazynie, bo sprzedaż na terenie Lusaki słabo mu idzie, więc dawał je psu do jedzenia. Mielonka wcina polskie mielonki - zakończył wyraźnie rozbawiony.

Pędzimy srebrną strzałą przez miasto. Nie przypomina ono w niczym dobrze nam znanych metropolii europejskich - w tych każdy budynek i każda droga są dokładnie zaplanowane i rozmieszczone według ustalonego lata wcześniej planu, odmierzone i dopasowane, z dokładnością do centymetra. 
Lusaka (stolica Zambii) zdaje się być przy nich dziełem przypadku - porozrzucane bez ładu i składu budynki, połączone asfaltową drogą. Parterowe składy budowlane, piętrowe biurowce i centra handlowe, wstawione tu na chybił-trafił, niepasujące ani do krajobrazu, ani do siebie nawzajem. 
Między nimi powtykane są targowiska i sklepiki uliczne - liche, brudne, posklecane na prędce z paru starych, drewnianych desek, przysłonięte daszkiem z worków po mące kukurydzianej.
Pośród tego wielkiego chaosu, wśród tumanów rdzawego pyłu, przemykają masy ludzkie. Czarnoskóre masy ludzkie, rzecz jasna.
Poruszają się niemrawo, bez pośpiechu i większego celu, lawirując między pędzącymi samochodami, przemykając przed maską lub tuż za tylnym zderzakiem.

Stajemy na światłach. Wśród czekających na zielony sygnał aut od razu pojawiają się sprzedawcy uliczni - z koszami owoców, sokami w kartonikach, paczkami chipsów, francuskimi kluczami, kuponami totka, okularami przeciwsłonecznymi, zegarkami, pudełkami Scrabble i tuzinem innych, równie mało zachęcających towarów. Zaglądają przez okna do wnętrz samochodów, pukają w szyby, zachęcają do kupna.

- Za parę minut będziemy w Lindzie - mówi w końcu o.Jacek - to najbiedniejsza z dzielnic Lusaki. Asfalt, po którym jedziemy, położyli Chińczycy jakieś 3 miesiące temu. Wyjechałem raptem na parę tygodni, wracam - a tu asfalt! Wcześniej była tu typowa, afrykańska droga - krzywa i dziurawa, z unoszącymi się chmurami rudego kurzu. W porze deszczowej brodziło się tu w błocie, a po bokach spływały brudne rzeki. Chińczycy wszystko zepsuli! A było tak ładnie! 
Opuszczamy zatłoczoną stolicę. Jedziemy długą, prostą drogą, mijając pojedyncze, samotne budynki. Czy to nadal jest miasto?

Dojeżdżamy do pierwszych zabudowań - małe sześcienne domki parterowe, w kolorze rudego pyłu (jak wszystko tutaj), gdzieniegdzie otoczone słomianym ogrodzeniem, z rosnącymi na podwórzu melonowcami. Przed niektórymi domami wystawione są na prowizorycznych, drewnianych stoiskach towary rozmaite - świeże owoce i warzywa, porcje soi, orzechy ziemne i kawałki mięsa rozłożone na gazetach. Nad wszystkimi tymi dobrami krążą bezczelne, głośne, tłuste muchy.
Nie nazwałabym tego miastem. Linda to po prostu duża wioska, która utworzyła się gdzieś na peryferiach Lusaki. Tak też przyjęło się u nas mówić: "idę na wioskę", "byłam na wiosce" etc. Gdzie tam Lindzie do miasta... 

Przejeżdżamy w końcu przez wielką, metalową bramę i wkraczamy na teren parafii Świętej Rodziny. Znajduję się tu kościół i wybudowane kilka miesięcy wcześniej przedszkole. W planach jest jeszcze szkoła i plebania. 
W budynku przedszkola, oprócz sal lekcyjnych, łazienek oraz sali z komputerami i maszynami do szycia, znajduje się duża sala wykładowa (na spotkania modlitewne, próby chóru, różne prezentacje i szkolenia), służąca też od czasu do czasu za salę kinową. Znalazło się też miejsce na mieszkanie dla wolontariuszy - całkiem przyjemne, jasne, z łazienką, kuchnią i dwiema sypialniami. Przez kilka następnych tygodni stało się ono naszym domem. I Mielonki. Dostała kartonik, wyłożony szmatką i spała w nim przed wejściem do budynku. Co prawda na razie żaden z niej pies obronny, ale niech się powoli uczy. Może jeszcze będą z niej ludzie.


Lump


Miejskie krajobrazy.

I znowu.

Przypadkowe targowisko.

Ostatnia prosta do Lindy 

Budynek przedszkola.

Mieszkanie wolontariuszy.

    

czwartek, 17 września 2015

Zambia - tytułem wstępu.

Chciałam na początek wstawić jakiś ckliwy tekst, otwierający cykl wpisów o wolontariacie w Lindzie, w Zambii. Coś o spełnianiu marzeń. O chęci pomocy drugiemu człowiekowi. O poświęceniu kawałka życia na służbę potrzebującym. O wadze misji w krajach Trzeciego Świata.
Czytelnik miał się rozpłynąć w "ochach" i "achach", a łzy same cisnąć się do oczu. Jak w przemówieniach wszystkich wielkich wodzów w tych głupich, komercyjnych, amerykańskich superprodukcjach.
Miałam tym wpisem poruszyć serca i umysły.

Sorry, ale nie umiem.
Nie lubię taniego patosu.

Napisałam nawet kilka zdań na brudno.
Napisałam i przeczytałam. I porzygałam się tęczą.
Zgniotłam kartkę z kulfoniastym tekstem i rzuciłam w kąt. Leży teraz biedna, sponiewierana gdzieś między regałem, a nieschowaną jeszcze walizką. Leży i paczy na mnie spod byka. 

Nie to, że nie posiadam żadnych wyższych uczuć, czy coś.
Może właśnie dlatego, że takowe posiadam, tak trudno jest mi je ubrać w odpowiednie słowa. A może po prostu mam zbyt ubogi zasób słownictwa, żeby opisać skomplikowane procesy zachodzące w mojej ułomnej głowie i jeszcze bardziej ułomnym sercu. Takiej ewentualności nie wykluczam.

Kiedy ktoś ze znajomych pyta: "No, i jak było?" - odpowiadam krótko: "Czarno".
Bo co mam mówić?

Jak opisać w paru słowach taki kawał mojego życia? Jak przekazać historie wszystkich tych dni spędzonych w klinice i przedszkolu, na drogach Lindy i jej targowiskach? Opowieści o pacjentach przychodzących po pomoc i gromadach dzieci, radośnie biegających za mną po ulicy lub machających nieśmiało z oddali. O krzykliwych kobietach, z biodrami owiniętym kolorową chustą, z dzieciakiem na plecach i wiadrem pełnym wody na głowie. O podróżach na pace Toyoty Hilux o. Jacka. 

Oczywiście w odpowiedzi na "jak było?" mogę z błyskiem w oku, jednym tchem wymienić wszystkie znane mi synonimy słowa "niesamowicie". 
Ale to za mało.
Chyba w żadnym języku na Ziemi nie istnieje zbiór określeń na to, co w czasie swojego wyjazdu zobaczyłam, czego doświadczyłam. A skoro nie istnieje - nie ma sensu dłużej poświęcać temu czasu.

Dlatego też kończę wstęp i przechodzę do rzeczy. W ciągu najbliższych tygodni będę tu zamieszczać historie żywcem z Lindy i trochę informacji o tamtejszej kulturze, gospodarce i codziennej rzeczywistości. I o dzieciach. Będzie dużo dzieci. Całe hordy dzieciorów.

Czytajcie i bawcie się grzecznie.
Lump